Krajobrazy Toskanii

Wyprawa Rowerowa do Rzymu

Mapa trasy

Mapa trasy

Kilka lat temu siedziałem nad mapą Europy i sprawdzałem odległość z Węgierskiej Górki nad Morze Bałtyckie, jest to około 600 kilometrów. Później sprawdziłem odległość do innego najbliższego morza, czyli Adriatyku i okazało się, że jest to około 800 kilometrów, więc niewiele więcej. Tak narodził się pomysł podróży rowerowej do Włoch. W tamtych czasach moje najdłuższe wyprawy rowerowe ograniczały się do terenów Żywiecczyzny, do wiosek oddalonych nie więcej niż kilkadziesiąt kilometrów od domu. Idea nie umarła przez następne kilka lat i wreszcie w roku 2009 nadarzyła się okazja zrealizowania tej podróży.

Wyprawa rozpoczęła się w pochmurny Poniedziałek 1go Czerwca 2009. Właściwie myślałem o wyjeździe dzień wcześniej w Niedzielę 31go Maja, ale w ten dzień spadło chyba więcej deszczu niż w całym nadchodzącym miesiącu spędzonym w trasie, więc odłożyłem start podróży na równą datę 01.06.2009. Pierwszym celem był Wiedeń, leżący 300 km na południe.

Przejeżdżając przez opustoszałe przejście graniczne w Zwardoniu, można było zobaczyć w jaki sposób zostały zmarnowane pieniądze zainwestowane w to miejsce jeszcze kilka lat temu. Nowoczesny terminal do odprawy samochodów osobowych, tirów, autobusów i pieszych, stał się niepotrzebny wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej i później strefy Schengen. Jeszcze nie tak dawno trzeba było przechodzić kontrolę paszportową, a teraz można jechać aż do przylądka Roca w Portugalii, gdzie przed dalszą podróżą powstrzymują nas fale oceanu rozbijające się o zachodnie brzegi Europy.

Trasa wiodła częściowo przez Słowację, częściowo przez Czechy ze względu na autostrady, które musiałem omijać. Nie planowałem żadnych dłuższych postojów w Czechach i Słowacji, więc do stolicy Austrii dojechałem w dwa dni. W południowej Słowacji było z tym trochę kombinowania, bo w pewnym momencie jedyną drogą, która ukazała się przede mną była autostrada i trzeba było znaleźć jakiś objazd w kierunku Austrii. Udało się i wczesnym popołudniem 3go Czerwca robiłem sobie już zdjęcie ze znakiem „Witamy w Austrii”. Przez płaske, gdzieniegdzie lekko pagórkowate tereny Dolnej Austrii, wśród idealnie ułożonych pól i przez czyste i zorganizowane miasteczka podążałem w kierunku Wiednia. W okolicach niezbyt ciekawego Deutsch Wagram zaczynają się przedmieścia stolicy Austrii. Krajobraz powoli zmieniał się z położonych wzdłuż drogi magazynów, sklepów, hurtownii, obiektów przemysłowych do zabudowy miejskiej. Wiedeń to jedno z najładniejszych i najprzyjemniejszych do podróżowania miast jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Jeśli chodzi o przemieszczanie się rowerem to prawie wszędzie wyznaczone są ścieżki rowerowe, a nawet specjalne kładki i drogi tylko dla rowerów.

Pałac Schönbrunn i panorama Wiednia

Pałac Schönbrunn i panorama Wiednia

W Wiedniu wjechałem na prawdopodobnie najpopularniejszą trasę rowerową na świecie, tak zwaną Donauradweg, czyli Dunajski Szlak Rowerowy, ciągnący się wzdłuż drugiej najdłuższej rzeki w Europie, która ma swoje źródło w Niemczech, a ujście w Rumunii.

Wyśmienicie utrzymana i bardzo dobrze oznakowana trasa, której najpopularniejszy odcinek to właśnie ten, którym jechałem. Znakomita większość rowerzystów podróżuje tą trasą w dół rzeki z Passau do Wiednia, ja jechałem w odwrotnym kierunku. Ukształtowanie terenu jest raczej płaskie z niewielkimi pagórkami, więc nie ma aż takiej wielkiej różnicy między trudnością trasy w dół, czy w górę rzeki.

Dolina Wachau wpisana na listę UNESCO to jeden z najładniejszych odcinków austriackich nizin położonych wzdłuż Dunaju. Zamki, miasteczka i wioski na wzgórzach wyrastających nad modrymi wodami rzeki i otoczone polami winorośli stanowią o atrakcyjności krajobrazowej tych terenów dzięki której wpisano Wachau na listę światowego dziedzictwa w roku 2000.

Czereśnie przy Dunajskim Szlaku Rowerowym

Czereśnie przy Dunajskim Szlaku Rowerowym

Przejeżdżałem sobie spokojnie przez jedno z miasteczek, a tu w pewnym momencie zauważyłem uroczy drewniany stoliczek z kołami od wozu jako podstawa, na nim kilka pojemniczków z czereśniami. Na cienkim patyku zawieszona była metalowa kasa na pieniądze. “Drogi rowerzysto. Skosztuj naszych wyśmienitych czereśni, bardzo dobrych szczególnie w czasie długich podróży rowerowych w upalne dni. Cena, to jedyne 2,50 Euro, które możesz wrzucić do kasy obok”. Nikt tego nie pilnował, nikt się nie bał, że czereśnie i kasa z nieprawdopodobną ilością monet Euro zniknie skradziona przez przejeżdżających rzezimieszków. Nie! W dolinie Wachau, przy ścieżce rowerowej Donauradweg nie kradną.

Miasto Passau w Bawarii

Miasto Passau w Bawarii

Po dwóch dniach jazdy wzdłuż Dunaju dojechałem do niemieckiego Passau, pełnego zabytków, z których najbardziej wyróżnia się dominująca w krajobrazie miasta katedra. W jej wnętrzu znajdują się jedne z największych organ kościelnych na świecie. Z Passau pojechałem z powrotem do Austrii przez górzyste tereny okolic Salzburga, Tyrol i Vorarlberg. Strome podjazdy i górskie drogi zaczęły się za Salzburgiem i tam znajdują się najciekawsze krajobrazowo tereny tego kraju. Szczególnie Tyrol, to kraina wysokich szczytów Alpejskich, rolniczych dolin położonych wzdłuż rwących rzek biorących swoje źródła kilkaset metrów wyżej u podnóży Alp. Tam miasta i wioski charakteryzuje przyjemne dla oka wkomponowanie się stylu architektonicznego i ułożenia miast i wiosek w zgodzie z otaczającym terenem. Na stromych zboczach rozsiane są gdzieniegdzie drewniane domy.

W drodze przez Alpy

W drodze przez Alpy

Teren do jazdy rowerem nie jest łatwy, ale dość oczywisty. Stromy podjazd do wysokich przełęczy Alpejskich, a później kilkudziesięciokilometrowe zjazdy w dół, które są ciężką próbą dla rowerowych hamulców. Mimo, że chciałoby się nadrobić wysiłek włożony w podjazd, to strome i kręte serpentyny wijące się po zboczach gór nie pozwalają na zjazd na pełnej prędkości. Najbardziej dobitnym przykładem jest przełęcz Arlberg, stanowiąca naturalną granicę między regionami Tyrol i Vorarlberg, którego zresztą nazwa znaczy „za Arlberg”. Przełęcz znajduje się na wysokości 1793 m n.p.m i po jej przejechaniu cała trasa aż do położonego na zachodnim krańcu Austrii miasta Feldkirch była w dół. W Feldkirch już dało się odczuć wpływy architektoniczne trochę bardziej szwajcarskie niż austrackie. Po nocy na polu namiotowym w Feldkirch, które było ostatnim miastem w podróży przez Austrię przejechałem granicę do Wielkiego Księstwa Liechtenstein. Liechtenstein to szóste najmniejsze niepodległe państwo na świecie. Przejechanie 23 kilometrów wzdłuż całego Liechtensteinu od granicy z Austrią przez stolicę Vaduz do granicy ze Szwajcarią zajęło mi około godziny.

Lodowiec Aletsch w Szwajcarii

Lodowiec Aletsch w Szwajcarii

W Szwajcarii góry są wyższe, doliny głębsze i widoki bardziej spektakularne. Mimo, że to te same Alpy, Szwajcaria powala na kolana swoimi krajobrazami. Jechałem wzdłuż dolin dwóch rzek Renu, a później Rodanu przez kantony Gryzinia, Uri i Valais. Szwajcaria nie zaskoczyła, a wręcz z każdym kilometrem potwierdzała swoje stereotypy. Jeśli patrzyć tylko z perspektywy jazdy przez ten kraj rowerem, to można potwierdzić, że jazda była jak w szwajcarskim zegarku. Bardzo dobrze oznakowane ścieżki rowerowe, drogi starannie oznakowane, czysto i przyjemnie.

W mieście Martigny skręciłem na południe w kierunku najwyżej położonego punktu tej trasy – Wielkiej Przełęczy Św. Bernarda leżącej na granicy Szwajcarii i Włoch. Ostatnie kilometry najwyższych przełęczy alpejskich musiałem pokonywać pieszo. Ponad 20 kilogramów bagażu załadowanego na rowerze nie pozwoliło, żeby jechać pod górę nawet na najlżejszym biegu. W czasie tej wyprawy było to w przypadku ostatnich 2-3 kilometrów tych najwyższych przełęczy górskich.

W czerwcu najwyższe partie gór i wysoko położone drogi wciąż są pokryte zlodowaciałym śniegiem. Pamiętam, że najniższa temperatura w czasie tej wyprawy była we Włoszech, kiedy zjeżdżałem w dół z przełęczy Św. Bernarda. Zanim zjechałem z przełęczy w kierunku Włoch przy drodze znajdował się punkt szwajcarskiej kontroli granicznej. Zapytałem celnika o pieczątkę do paszportu, tak na pamiątkę, chciałem fajną szwajcarską pieczątkę na samym środku strony w paszporcie. “Nie mamy pieczątek, bo jest strefa Schengen”. Tu wracając do tego co napisałem na początku w przypadku przejścia granicznego między Polską a Słowacją. Kiedyś sprawdzali tak, jakby każdy był przemytnikiem, a teraz nawet nie można dostać pieczątki na pamiątkę. W momencie, kiedy przejeżdżałem granice Liechtensteinu (Szwajcaria jest w unii celnej z Liechtensteinem) od strony Austrii wszystkie samochody były jednak kontrolowane (rok 2009, może teraz to się zmieniło). Jechałem sobie powoli przygotowany, że też będę kontrolowany, ale celnik nawet na mnie nie popatrzył, więc jechałem dalej.

W czasie tej podróży przejechałem przez cztery z dwudziestu regionów Włoch, na które ten kraj jest podzielony. Vale d’Aosta to typowo alpejski region politycznie autonomiczny i mniej włoski niż inne. Językiem oficjalnym jest włoski i francuski. Praktycznie cała droga od granicy szwajcarskiej do Niziny Padańskiej była w dół. Vale d’Aosta, a szczególnie jej wyższe partie wygląda jak Szwajcaria. Tam, gdzie kończyły się góry i teren zaczynał być bardziej płaski wjechałem do następnego regionu zwanego Piemont, który ma bardzo zróżnicowany teren, od wysokich szczytów alpejskich do płaskiej jak stół Niziny Padańskiej. Piemont to po Sycylii drugi największy region Włoch. Ja przejechałem tą płaską jak na stole część pokrytą polami ryżu, ośnieżone szczyty Alp pozostały w dali za mną widoczne na dalekim horyzoncie. Nizina Padańska to najważniejszy teren rolniczy półwyspu Apenińskiego. Nie dziwi pasja Włochów do jedzenia, które jest jedną z najważniejszych rzeczy w ich życiu i przezwisko makaroniarze rzeczywiście do nich pasuje. Różnorodność krajobrazów i idealne warunki do rozwoju rolnictwa sprzyjają uprawom i hodowli. Zamiłowanie do jedzenia przekłada się na najbogatszy wybór w supermarketach jaki widziałem gdziekolwiek.

Włochy to nie jest płaski kraj, więc po kilku godzinach jazdy przez nizine zaczęły się góry oczywiście nieporównywalne do Alp, ale zaczęły się krótkie podjazdy i wjechałem do Ligurii. Położona na wybrzeżu Liguria z przepięknym wybrzeżem i górzystymi terenami obfituje w pocztówkowe krajobrazy. Wzdłuż wybrzeża ciągną się piaszczyste plaże lub urwiska skalne, na stromych zboczach położone są różnokolorowe domy, otoczone przez gęste lasy śródziemnomorskie. Jechałem wzdłuż wybrzeża w kierunku Pizy.

W porównaniu do innych włoskich miast Piza nie ma nic specjalnego do zaoferowania, ale jest odwiedzana przez więcej turystów niż znakomita większość innych części kraju. Wszyscy przyjeżdżają w jednym celu, żeby zobaczyć jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie, sławną Krzywą Wieżę. Warto zobaczyć Pole Cudów, na którym znajduje się katedra, baptysterium i właśnie krzywa wieża. Niestety, ten teren stał się tak popularny, tak skomercjalizowany i tak zatłoczony, że stracił wiele ze swojego uroku. W rankingach najbardziej przecenianych atrakcji turystycznych Krzywa Wieża znajduje się na pierwszym miejscu. Piza była moim pierwszym przystankiem na terenie kolejnego regionu Włoch na mojej trasie – Toskanii, sławnej na cały świat ze względu na swoje renesansowe miasta i piękne krajobrazy. I nie bez powodu, przejechałem przez Pizę, Florencję i Sienę wzdłuż łączących je dróg przebiegających przez jedne z najładniejszych terenów na świecie.

Krajobrazy Toskanii

Krajobrazy Toskanii

Po przejechaniu przez Val d’Orcia, czyli najbardziej malowniczą część Toskanii, która ze względu na swoje walory krajobrazowe została wpisana na listę UNESCO, kilka kilometrów pozostało do ostatniego regionu Włoch na mojej trasie – Lacjum. Położone w geograficznym centrum Italii, Lacjum było kolebką imperium rzymskiego. Nie jest łatwo znaleźć właściwą drogę do centrum Rzymu nie wjeżdżając w jakimś momencie na autostradę. Trochę czasu zajęło mi znalezienie właściwej drogi i nie pierwszy raz podczas tej podróży musiałem wjechać tam, gdzie nie wolno jeździć rowerem. Ale udało się, po kilkunastu kilometrach błądzenia i szukania trasy obrałem właściwy kierunek. Zabudowa stawała się gęściejsza, budynki wyższe i ludzi na ulicach coraz więcej. Kiedy w pewnym momencie zobaczyłem kopułę Bazyliki Św. Piotra w oddali, uświadomiłem sobie, że dojechałem do celu. Jechałem w kierunku Watykanu poprzez zatłoczone ulice pełne ludzi, samochodów, autobusów kierując się cały czas w dół, trzymając się zasady, że jeśli centrum miasta leży nad rzeką to na pewno jest ona położona w dolinie. Jeszcze kilka ulic i zakrętów i wjechałem na znaną wszystkim Via della Conciliazione, prowadzącą wprost na plac Św. Piotra. Cel osiągnięty…

Bazylika Św. Piotra na Watykanie

Bazylika Św. Piotra na Watykanie

Przystanąłem przy Castel Sant Angelo, położonym kilkaset metrów od placu Św. Piotra. Tam zagadał do mnie przechodzący człowiek, z którym rozmawiałem przez chwilę o swojej wyprawie, pogratulował mi pokonania takiej trasy i życzył wszystkiego dobrego. Powiedział też, że ma na imię Libero, czyli Wolność…

<< Poprzedni WpisNastępny Wpis >>